Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brytyjskość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brytyjskość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 stycznia 2014

Co zostanie, gdy opadnie kurtyna?

W piątek na kanale alekino+ został wyemitowany ostatni odcinek serialu Poirot. Pisałem o nim w jednym z moich pierwszych wpisów. Linkiem do tego postu jest to zdanie. Czy ostatni odcinek sprostał wysokiej poprzeczce jego poprzedników? Przekonacie się o tym w tym wpisie pełnym spoilerów (jako spoiler liczę podanie bez ogródek tego kto zabił, ale dopiero w czwartym podpunkcie).

Agatha Christie's Poirot.
Kurtyna.


niedziela, 10 listopada 2013

The Moment is coming.

The Day of the Doctor.

Wczoraj, po dość spontanicznym wpisie o superbohaterach, zastanowiłem się o czym chciałbym napisać dziś. Jak widać wyżej, mógłem pomyśleć tylko o jednej rzeczy.
Ten weekend to weekend bardzo bogaty we wszelakie nowości odnośnie zbliżającego się 50th Anniversary. Pochwalę się wam, że liczyłem po kolei każdy dzień o kiedy została ogłoszona data, dzień w dzień. Co prawda, miałem też z tym problemy, bo po drodze zaliczyłem sanatorium, ale kiedy wróciłem do ciepłego domku to wróciłem też do odliczania.
Dziś zostało 13 dni.

Przegląd Doktorowy.

#1. Teaser ~ Elizabeth's credentials.
Ale to niemożliwe!


Dostajemy tu obraz, niby znowu, ale to przecież świetny sposób przekazywania wiadomości! 
Wspominałem Wam, że nad moim łóżkiem wisi ładnie prawiony plakat, przedstawiający wybachającą TARDIS, będący dziełem Van Gogh'a? I że Van Gogh jest moim ulubionym malarzem?

Wracając.
Co przedstawia ten obraz? Nie wiemy. Ale możemy spekulować. Dla mnie jest to zdecydowanie jakaś wizja Gallifrey albo innych jej okolic. 

#2. Trailery.

Numer 1.



Numer 2.




Te dwa zwiastuny wskazują bardzo ładnie, że widza wcale nie jest jakoś trudno zaskoczyć. O większości nowości nie wiem co myśleć, z wyjątkiem fragmentu, który zacytowałem w tytule postu. Co prawda, nie wiadomo czy to na pewno prawda, ale teoria jest zacna.


#3. The Night of the Doctor.
Tutaj na razie jedyną rzeczą jaką wiemy to długość (6min 57sek) i data emisji (16 listopada). 
No i oczywiście ma pojawić się w nim jeden z rocznicowych Doktorów. Obstawiam Johna Hurta, bo o nim wiemy najmniej, ale nie obraziłbym się też za Matta czy Davida. Wiadomo, że i tak będzie ciekawie, i sądząc,że napisze to Moffat, szokująco.

Tyle newsów ze świata Doktora na dziś.
Mam nadzieję, że doktorowe stężenie na tym blogu jakieś bardzo zniechęcające nie jest i choć jedna osoba doczytała do końca :) 

sobota, 2 listopada 2013

At the Skyfall.

Opinie co do "Skyfall" są bardzo podzielone. To fakt.
Niestety czytając kilka forów i dyskusji doszedłem do wniosku, że ponad połowa opinii negatywnych polega na "ale ten Craig brzydki". To smutne, że ludzie zamiast zwrócić uwagę i skomentować film potrafią tylko wyrazić swojej sympatie i antypatie aktorskie.
A przecież można napisać kulturalnie, dlaczego jest się niepozytywnie zastawionym do filmu.


Teraz czas na moją opinię.
Ten film nie jest zły, ale...

#1. Fabuła.
Początkowe sceny z pościgiem i pociągiem wciągają. Są ciekawe. Zostajemy wrzuceni w środek akcji i zanim dowiadujemy się co to wszystko znaczy dzieje się bardzo dużo. Potem jeden niecelny strzał (który był, bądź, co bądź, dosyć widowiskowy). 
Puf.
Akcja zwalnia z niewielkimi powrotami sensacyjności, ale dość przewidywalnymi.
Wróg nie jest źle zagrany, ale nie porywa. Przepraszam za tę opinię entuzjastów Silvy. Ten gość mi pasuje jako ten zły, ale sposób jego wprowadzenia już nie. Zbyt szybko, za mało tajemnicy. Zdaję sobie sprawę, że cały ten film jest w dużej części tajemnicą (potem tajemnica okazuje się być zemstą), ale za szybko dostajemy koleżkę na tacy. Nawet bond'owski cytat ~ "Skąd wiesz, że to mój pierwszy raz?" ~ nie ratuje sytuacji.

#2. Aktorzy.
Aktorsko nie mam wiele do zarzucenia. Więcej do zarzucenia mają pewnie antyfani/antyfanki Daniela Craiga, którego ja osobiście lubię i szanuję. Co z tego, że wygląda jak bokser? Miałbym co do niego zarzuty, gdyby nie fakt, że prezentowana przez niego koncepcja Agenta 007, która całkowicie mi odpowiadała.
Niektórzy mówią, że Bond stał się zbyt poważny.
Ja lubię tę powagę. 
Dobrze, M jak zwykle jest w porządku, nie mam zarzutów. Ma kilka lepszych i gorszych momentów (SPOILER! ~ najgorszy jest gdy umiera. A może po prostu chodziło o to, że scena była zbyt przerysowana? Zapewne... ~ KONIEC SPOILERA!).
Jest jeszcze Q, znany z dawania naszemu sławetnemu bohaterowi cudów techniki, które okazują się być przydatnymi w najdziwniejszych momentach. Nie obawiajcie się, tych gadżetów już nie ma. Zamiast nich mamy "normalne" pomoce dla Agentów Jej Królewskiej Mości. I gra go Ben Whishaw. (Jest kolegi dużo na tumblr'rze, ale ja kojarzyłem go z Atlasu Chmur.)

Bond i M w szkockiej scenerii.

#3. Zdjęcia.
Zostawiłem to na koniec.
Jakiś czas temu przeczytałem (chyba u zwierza), że teraz w filmach nie ma czegoś takiego jak zła strona wizualna (w większości, rzecz jasna). Zgadzam się z tym. Tylko, że pod koniec filmu zdjęcia zyskują w moich oczach bardzo subiektywny obraz.
Szkocja.
Stary dom na szkockim tle.
Oh, YES!
Szkockie klimaty i stare domy - oto jak mnie kupić. Uwielbiam Szkocję, potwora z Loch Ness (mania mojego dzieciństwa) i Sknerusa McKwacza. Tak. 

Zestawienia koniec.

Uważam ten film za udany, ale nie bez wad. Żeby film był dobry wszystkie trzy powyżej wymienione elementy powinny być w pełni wykorzystane, żeby otrzymać świetny film. Tutaj jeden z nich lekko zaniża średnią i w ten sposób film traci.
A szkoda, bo podstawy były bardzo dobre.

PS. Pewna dobra duszyczka na tumblrze zauważyła pewną zbieżność...
(Heh, dawno nie dawałem nawiązań do Sherlocka :D.)


Bye~bye.


Defender of the Earth.

Przed chwilą pierwszy raz obejrzałem w całości finał drugiego sezonu Doctora Who.
Nie jestem dobry w nie-spoilerowaniu, więc ostrzegam. Duże ilości spoilerów obrazkowich i pisemnych. (Choć nie wiem czy można spoilerować odcinki, które mają już 8 lat...)

2x12 Army of Ghosts/ 2x13 Doomsday.
Umarłem.
A ten wpis to historia mojej śmierci.


Płaczę rzewnymi łazami (przenośnie, ale i tak ciężko mi zebrać myśli).
Nie byłem fanem Rose Tyler, ale traktowałem ją jako koronną towarzyszkę Dziesiątego. Nie powiem, że zmieniłem zdanie. Po prostu moje zdanie o niej z 7.5/10 punktów w kategorii Towarzysz Roku wskoczyło wesoło na 28.5/10. Naprawdę.

Dlaczego finał drugiego sezonu jest tak super i dlaczego Rose jest tak super?

1. Alternatywne wymiary.
Stary, ale dobry element science-fiction. Lubię alternatywne wymiary. Dają one ogromne możliwości, bo przecież toczą się one inaczej niż nasz świat. Czemu osoba martwa nie miałaby tam żyć? Żyć i opłakiwać zmarłej przed laty rodziny żyjącej w naszym świecie? To właśnie pojawia się w tym odcinku. Na ile nie jestem fanem Daviesa to to pięknie wymyślił.
Ojciec Rose to postać rozbudowana psychologicznie. Stracił żonę i córkę. Kiedy spotkał te z innego wymiaru (czyli naszego) zaczął sobie wmawiać, że to są inne osoby. Poniekąd miał rację. Z tą różnicą, że były to równocześnie inne i te same osoby. A na końcu i tak skończyło się to ponownym połączeniem rodziny, ale z gorzkim posmakiem nie spotkania nigdy więcej Doktora.

2. Defender of the Earth.
Plusem jest też zdecydowanie ładunek emocjonalny tego finału. Na początku mamy wesołe duchy, ale nie wiadomo o co chodzi. Ludzie się ogólnie boją, ale po dwóch miesiącach zauważają w zjawach zmarłych członków swoich rodzin. Na tym etapie widz podejrzewa, że coś jest nie tak. Torchwood pobudza to uczucie swoimi niekoniecznie poprawnymi moralnie poczynaniami. Potem niespodziewanie pojawiają się Cybermani dodając elementu grozy. Jakby było nam mało, poziom mroku zostaje wzmocniony pojawieniem się Daleków.
( Dodam, że dla mnie Dalekowie to najupiorniejsi kosmici całej serii. Nie Płaczące Anioły i nie Cisza, tylko solniczki z przepychaczem do kibli. Brr...)
A koniec odcinka będący sam w sobie w miarę optymistyczny staje się wręcz straszny w połączeniu ze "śmiercią" Rose.


3. Dalekowie i Cybermani.
Dostajemy tu "nieistniejącą" kulę, której przeznaczenie nie są znane. Nie da się jej zbadać, nie ma masy. Widz zakłada, że ma ona związek z Cybermanami.
(Choć nie zawsze. Mi do tej koncepcji nie pasował złoty kolor kuli, który nasuwa mi skojarzenie z Dalekami, no wiecie, z tymi ich kulkami.)
O Rose rozpisałem się wcześniej, ale muszę jeszcze raz w tych okolicznościach. Jest odważna. Zna Daleków i wie jak ich zastraszyć, żeby przynajmniej przez jakiś czas nie chcieli jej zabić. Cóż, postrasz najgroźniejszą rasę we Wszechświecie Doktorem, a ci już prawie dostają "zawału".
(Dałem cudzysłów, bo ciężko, żeby coś co jest w połowie maszyną mogło mieć zawał.)
Bardzo spodobało mi się zestawienie dwóch klasycznych wrogów Doktora. Do tego walczących między sobą. Nie działa to stare, polskie przysłowie - "Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem". Jedni uważają się za lepszych niż drudzy i vice versa. Dostajemy więc uroczą międzygatunkową sprzeczkę kończącą się... hmm... wojną.

4. Zatoka Złego Wilka.
Nie mogło obyć się też bez wzruszającego zakończenia.
'Rose' - he said. - 'Rose'.
Podobał mi się, i na początku i na końcu, monolog Rose o tym jak umarła. Potem dostajemy epilog, w którym opowiada o swoim śnie i wyrusza w długą podróż do Norwegii, na spotkanie z Doktorem. Wszystko miło, ale zamiast Doktora dostajemy hologram, który będzie działał tylko dwie minuty. Ale hologram, bądź co bądź, jest Doktorem i można z nim porozmawiać. Jest trochę płakania, opowiadania o swoim życiu. Rose kocha Doktora, do tego nie ma możliwości. Czy on ją kocha? Tak. Czy jej to kiedykolwiek powiedział? Nie.
I tutaj Davies pokazuje, że nie tylko Moffat potrafi być okrutnym dla widzów.
Ostatnia szansa, ostatnie dwie minuty, żeby powiedzieć co do niej czuje. Zaczyna przemowę. Miło się uśmiecha. I my, i Rose, wiemy co chce powiedzieć...
Koniec transmisji.

5. Donna.
Zakończenie jest bez sensu. Wybija Doktora z jego traumy i zmusza nas do myślenia. Myślenia... ale o czym. To jest bez sensu! I my, i Doktor wiemy, że to bez sensu!


Powrotny wpis doktorowy za mną.
Mam nadzieję, że było miło i ktoś poświęci chwilkę, żeby to przeczytać, ale nie nalegam. Jeśli doszliście do tego momentu to dzięki za przeczytanie, a jeśli nie, to nie ma problemu. Nikogo nie chcę zmuszać do czytania moich wypocin :)

Do napisania!

sobota, 5 października 2013

Kryminały dobre, brytyjskie i z lekkim belgijskim akcentem.

Wczoraj, kiedy zaczynałem pisać wpis przeznaczony na wczoraj, stało się coś niespodziewanego. Akurat w telewizji trwała emisja kanału AleKino+. Trwały reklamy. Potem się skończyły. Nastał odcinek pewnego serialu, którego oglądanie było kiedyś rodzinną tradycją. Co wieczór, bodajże piątkowy, zbieraliśmy się przed ekranem telewizora, by wspólnie, w napięciu śledzić losy najróżniejszych bohaterów i jednego, niezawodnego detektywa. 
Domyślacie się już?
Chodzi bowiem, o, moim zdaniem, jeden z najlepszych seriali kryminalnych na podstawie książek jednej z najlepszych brytyjskich pisarek literatury kryminalnej.

Na postawie twórczości Agathy Christie:
Jakby ktoś nie znał wymowy to Poirot czyta się mniej-więcej "pu-ła-ro".
Przy okazji, to był odcinek o nazwie "Wielka Czwórka" (ang. 'The Big Four'). Ku mojemu przerażeniu, dotarłem do ponurej informacji, że to już ostatni sezon "Poirot", a od finałowego starcia zostały tylko dwa odcinki. A sam finał zostanie wyemitowany na początku 2014 roku. 
Może to nie tak znowu blisko, ale jako osoba mająca doświadczenie w oczekiwaniu na nowe odcinki Sherlocka BBC i Doctora Who, wiem że to minie szybciej niż by się chciało.

Wracając do Christie.

Z jej kryminałami mam do czynienia od lat. To były moje kolejne kroki w magicznym świecie literatury zaraz po "Harrym Potterze". (O nim wpis pojawi się wkrótce.) 
Nie mam zielonego pojęcia dlaczego sięgnąłem po książki. Czy to dlatego, że oglądałem serial czy, ponieważ rodzice wetknęli mi w jeszcze małe rączki książkę. Nie pamiętam. Może i lepiej, bo dodaje to całej sytuacji pewnej magiczności. W końcu czemu nie zacząć czytać bez powodu? Patrząc na to szerszym kątem mam wrażenie, że to właśnie te książki obudziły we mnie swoistą fascynację brytyjskością i jej kulturalnymi aspektami. No i dzięki Christie dwudziestolecie międzywojenne w Wielkiej Brytanii stało się moim ulubionym okresem historycznym.
Jedna rzecz warta zauważenia to fakt, że serial, a przede wszystkim książki są ode mnie starsze o co najmniej siedem-osiem lat.

Miło zobaczyć zdjęcie jednego ze swoich ulubionych autorów.
Naprawdę.

Zerknąłem na Wikipedię, żeby zobaczyć listę książek pani Christie i policzyć ile przeczytałem lub których ekranizacje widziałem. Albo jedno i drugie.
Powiem tak - jestem w szoku. 
Pozycji znam 32, a z tego książek przeczytałem 26.
Dalej jestem w szoku. Nie mam zielonego pojęcia jakim cudem udało mi się przeczytać tyle książek jednego autora. Serio. Jestem z siebie dumny.

Dobrze.
Znając jednak tak szeroko twórczość Agathy Christie utraciłem swoją wcześniejszą bezkrytyczność wobec niej. Tak, jest (w zasadzie, była) ona wybitna w tym co robiła. Nie zmienia to faktu, że łatwo widać schemat. To prawda, że czasem go zmieniała lub robiła na odwrót, ale wciąż przeważająca większość ma swój określony tok. Jak dla mnie, jej fabuły i zwroty akcji przypominają występ teatralny (nawet jeden nazywa się Tragedia w Trzech Aktach). Samej Christie czasem zdarzało się wplatać w morderstwa pewną absurdalność, którą potem ze swoją zwyczajną wyniosłością zwykł zauważać na ostatnich stronach Poirot. 

Uwaga! Spoilery dla potencjalnych czytelników, które mogą odnieść się do jednej lub więcej książek! 

#1. Kult miłości.
Dziwny to minus, nieprawdaż? Ale bardzo uogólnia styl jej pisania. Częstym, albo wręcz obowiązkowym, wątkiem jest zdradzona miłość, a na końcu zejście się dwójki bohaterów (często niewinnie oskarżonej dziewczyny i kogoś kto pomagał rozwiązać śledztwo naszemu detektywowi).

#2. Kogo najmniej podejrzewamy?
Ten zabieg jest ciekawy i zaskakujący. Jeśli jednak czyta się za dużo tego typu powieści to staje się to przewidywalne. W końcu kto by podejrzewał... (tu jest spoiler większy niż pozostałe spoilery) postać, z której punktu widzenia opisywana jest akcja?

#3. Rodzina, ach, rodzina. 
Ten punkt jest bardzo subiektywny. Wszędzie mamy tylko zaginione rodzeństwa, siostry bliźniaczki (lub bliźniacy), spadki i rodzinne czarne owce. Przepraszam Cię, Christie, ale z mojego punktu widzenia to strasznie "pachnie" telenowelą. 

Uwaga! Koniec spoilerów dla potencjalnych czytelników!

Wracając do ekranizacji "Wielkiej Czwórki". 
Mamy tu miłość, trochę rodzinnych spraw i najmniej podejrzewanego. 
Wszystko byłoby typowo czy nawet nijako, gdyby nie obsada. Powiem, że tu aktorzy rzadko źle grają. 
Nie będę tu szastać nazwiskami. W gruncie rzeczy znam tylko jedno (David Suchet jako Poirot), a potencjalne inne znane mi są tylko epizodyczne. 
Postacie są dobrze przedstawione, naturalnie. Dobrze zagrane. Ale nie byłyby tak dobre, gdyby nie podstawa w postaci książki. Wścibski dziennikarz czy pusta aktorka to całkiem prawdopodobni bohaterzy.
Co prawda, efekty specjalne ewidentnie pokazują, że budżet nie pozwolił na wiele, ale nie jest to produkcja kinowa. Można to wybaczyć.
Ogólnie odcinek warty polecenia, ale nie wybitny. (Dla mnie wybitny był odcinek "Morderstwo w Orient Expressie"). 

Odnośnie innych odcinków, lubię aktorkę grającą Ariadne Oliver, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć jej nazwiska (choć grała w "Harrym Potterze", "Doctorze Who" i "Mojej Rodzince"). O, i w jednym odcinku grał Benedict Cumberbatch.

Nowy link w "CZYTAM".
Szukając informacji o "Agatha Christie's Poirot" znalazłem bardzo ciekawego zagranicznego bloga o tymże serialu. Znajdziecie tam informacje odnośnie emisji ostatnich odcinków w naszym kraju.
Air dates in Poland are:
Elephants Can Remember - 6 September 2013
The Big Four - 4 October 2013
The Labours of Hercules - 1 November 2013
Dead Man's Folly - 6 December 2013
Curtain - 3 January 2014
Polecam i do następnego wpisu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...