Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steven Moffat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steven Moffat. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 stycznia 2014

Bo wszyscy lubią wesela z wątkiem kryminalnym.

Czas na kolejną notkę, której głównym bohaterem będzie nasz ulubiony detektyw w nowoczesnym Londynie. Sherlock Holmes popełniony przez Marka Gatissa i Stevena Moffata tym razem przybywa ma dość istotne wesele, i to nie tylko dlatego, że to ślub Johna Watsona.
Dzisiejszy wpis znowu bezskładny i spoilerowy, ale takie chyba są najlepsze...
[W tekście nie ma ostrzeżeń o spoilerach, więc jeśli nie widziałeś/aś to proszę najpierw obejrzeć.]

Sherlock BBC.
The Sign of Three.

Chyba każdy by się zdenerwował, gdyby gang za każdym razem się mu wymykał, a kiedy już prawie go złapał zadzwonił telefon w bardzo ważnej sprawie...

niedziela, 12 stycznia 2014

#SherlockLives.

Miał być cykl z Mavelem, ale niestety to się nie powiedzie. Nie teraz. Sorry, ale po drodze pojawiły się dwa odcinki Sherlocka, a Kinomaniak został zamknięty. Z wyjścia na Hobbita też nic nie wyszło, bo czas mi nie pozwolił. Niestety. Mam nadzieję, że uda mi się go obejrzeć w innym terminie, raczej nie zdejmą go szybko z ramówki.
Ale wracając.

Sherlock.
The Empty Hearse.

niedziela, 24 listopada 2013

The one that broke the promise.

PięćdziesięciolecieeeeEEEEE!!!
Tyle szczęścia.

No i mnóstwo SPOILERÓW! Przed przeczytaniem skonsultuj się z BBC (może być sekcja lokalna) lub Internetem.


I stało się. Na ten moment czekał chyba każdy Whovian, który choć odrobinę interesuje się historią serialu. A nawet jeśli nie, to Internet z pewnością wszystko powiedział.

1. Trzech Doktorów.
Nie wiem jak to opisać bez stwierdzeń w stylu "asdfghjdbgfhdsfgsdfdhgfj". No, postaram się. No świetnie to wyszło. John Hurt świetnie radzi sobie z rolą i ogólnie jest świetny. Kreuje postać zupełnie inną od dwójki swoich następnych wcieleń. Widać, że jest biedny i robi się go żal. W momencie, gdy Clara mówiła, że jest najmłodszym Doktorem w naszym triu (nie wiem jak odmienić "trio") naprawdę było to czuć. A najmilej było zobaczyć chyba jego relacje z Clarą, nie miałbym nic przeciwko, żeby stała się ona jego towarzyszką.
Matt i David idealnie współgrają jako towarzysze. Ich wspólne sceny są pełne humoru i pozytywnej energii. Szkoda, że to tylko jedna taka okazja do wspólnej współpracy... Chyba, że do któregoś przyszłego jubileuszu :)


2. Sumienie.
Rose Tyler. Bad Wolf.
Sądzę, że fakt, iż Moment jest maszyną z sumieniem był świetnym pomysłem. Nadaje dramatyzmu. Zadaje pytanie, które są okrutne, ale wie też jak je zadać, żeby wywołały największe wrażenie. "Czy wiesz ile dzieci zginie?" To było okrutne. Lecz mnie najbardziej poruszyła scena, gdy wszyscy trzej stanęli przed "wielkim, czerwonym guzikiem", żeby zrobić to co uznali za słuszne. I tu na scenę wchodzi prawdziwe sumienie czyli Clara.
Jedna rzecz jednak mi tu nie pasuje. Po The Name of the Doctor Rose to już druga postać, która jest widziana tylko przez jedną osobę. I dlaczego Dziesiąsty i Jedenasty jej nie widzieli, skoro są tą samą osobą co Doktor Hurta? To nie jest zarzut, po prostu tak się zastanawiam.


3. Dużo fabuły, mało czasu.
Traktuję to jako urok tego odcinka. Dużo niedopowiedzień. Zygonowie, Elżbieta (wiem, że to jakoś wyjaśnili, ale przegapiłem) to fajny element humorystyczny. Elżbieta była dla mnie bardzo sympatyczną postacią, nawet jako Zygonka. Podobnie jest z Kate Stewart i jej kompanami z UNIT. Nie wiem na czym polegają przemiany Zygonów, ale tutaj odnoszę wrażenie, że stają się też po części psychicznie podobni do swoich wzorców.

4. Szaliczek.
Osgood w szaliku Czwartego. I czy tylko mi "Os-good" kojarzy się z "Os-win"? Jej postać jest bardzo sympatyczna, a wiecznie potrzebny inhalator dodaje jej odbiorowi poczucia nieporadności, które pasuje do tej postaci. Jest też inteligentna. Jak ktoś, kto wpadł na rozwiązanie problemu kamiennego pyłu na podłodze może nie być super?
I sprawdza się też dobrze w zestawieniu z Kate i drugim naukowcem, którego imienia niestety nie pamiętam.


Ten odcinek ma swoje wady, ale ma też wspaniałą atmosferę. Idealną na Pięćdziesięciolecie. Zdecydowanie. Po obejrzeniu jestem nim całkowicie usatysfakcjonowany i będę za każdym raze, kiedy obejrzę znowu (a obejrzę jeszcze kilka razy). Obejrzałem go pełen emocji i pełen emocji skończyłem seans. Ma w sobie wiele cech charakteryzujących odcinki Moffata, humor, a przede wszystkim daje ogromne możliwości dalszego rozwoju serialu. Serialu, który pewnie nigdy się nie skończy.
No i zazdroszę tym, którym udało się obejrzeć go w 3D, bo było w nim naprawdę mnóstwo scen, w których efekt trójwymiarowości pasował idealnie.

Jeszcze mnóstwo rzeczy kłębi się mi w głowie, ale postarałem się to jakoś ogarnąć. Mam nadzieję, że nie wyszło jakoś tragicznie. Starałem się.
A wracając do tematu, jak Wam podobał się ten odcinek?

PS.1/
Dostajemy tu też zaskakującą scenę, której nikt się chyba nie spodziewał. A mienowicie, Dwunastego/Trzynastego Doktora w wykonaniu Petera Capaldiego.


PS.2/
Dosatejemy również teaser odcinka świątecznego, który, jak wiadomo, będzie ostatnim odcinkiem Matta. Będzie Trenzalore, będzie dużo wrogów, za którymi trochę się ztęskniłem.


niedziela, 10 listopada 2013

The Moment is coming.

The Day of the Doctor.

Wczoraj, po dość spontanicznym wpisie o superbohaterach, zastanowiłem się o czym chciałbym napisać dziś. Jak widać wyżej, mógłem pomyśleć tylko o jednej rzeczy.
Ten weekend to weekend bardzo bogaty we wszelakie nowości odnośnie zbliżającego się 50th Anniversary. Pochwalę się wam, że liczyłem po kolei każdy dzień o kiedy została ogłoszona data, dzień w dzień. Co prawda, miałem też z tym problemy, bo po drodze zaliczyłem sanatorium, ale kiedy wróciłem do ciepłego domku to wróciłem też do odliczania.
Dziś zostało 13 dni.

Przegląd Doktorowy.

#1. Teaser ~ Elizabeth's credentials.
Ale to niemożliwe!


Dostajemy tu obraz, niby znowu, ale to przecież świetny sposób przekazywania wiadomości! 
Wspominałem Wam, że nad moim łóżkiem wisi ładnie prawiony plakat, przedstawiający wybachającą TARDIS, będący dziełem Van Gogh'a? I że Van Gogh jest moim ulubionym malarzem?

Wracając.
Co przedstawia ten obraz? Nie wiemy. Ale możemy spekulować. Dla mnie jest to zdecydowanie jakaś wizja Gallifrey albo innych jej okolic. 

#2. Trailery.

Numer 1.



Numer 2.




Te dwa zwiastuny wskazują bardzo ładnie, że widza wcale nie jest jakoś trudno zaskoczyć. O większości nowości nie wiem co myśleć, z wyjątkiem fragmentu, który zacytowałem w tytule postu. Co prawda, nie wiadomo czy to na pewno prawda, ale teoria jest zacna.


#3. The Night of the Doctor.
Tutaj na razie jedyną rzeczą jaką wiemy to długość (6min 57sek) i data emisji (16 listopada). 
No i oczywiście ma pojawić się w nim jeden z rocznicowych Doktorów. Obstawiam Johna Hurta, bo o nim wiemy najmniej, ale nie obraziłbym się też za Matta czy Davida. Wiadomo, że i tak będzie ciekawie, i sądząc,że napisze to Moffat, szokująco.

Tyle newsów ze świata Doktora na dziś.
Mam nadzieję, że doktorowe stężenie na tym blogu jakieś bardzo zniechęcające nie jest i choć jedna osoba doczytała do końca :) 

niedziela, 13 października 2013

Niebieska strona mocy.

Najdłużej emitowany serial science-fiction, który 23 listopada będzie obchodził hucznie swoje Pięćdziesięciolecie (ang. 50th Anniversary).
Mogę mówić tylko o jednej rzeczy.


Zacznijmy od tego o czym opowiada Doctor Who.
Dla każdego fana lub osobnika nazywającego siębie Whovian (to ja!) odpowiedź jest prosta. Ten serial opowiada o wszystkim. O rodzinie, o konsekwencjach własnych czynów, o podróżach w czasie, o statuach aniołów wysyłąjących swoje ofiary w przeszłość oraz o dinozaurach żyjących na statku kosmicznym. O WSZYSTKIM.
A bardziej na serio. (I w bardzo dużym skrócie.)
Głównym bohaterem jest Doktor (ang. The Doctor), który jest kosmitą, ostatnim ze swojej rasy, Władców Czasu (ang. Time Lord) podróżującym w statku kosmicznym, o nazwie TARDIS (jest to statek płci pięknej) wyglądającym z zewnątrz jak niebieska budka policyjna (and. Time And Relative Dimension(s) In Space). Podróżuje w czasie i przestrzeni ze swoimi towarzyszami (przeważnie towarzyszkami) i czasem uda im się uratować jakąś planetę czy cywilizację.

Jest jeden  obrazek, który ładnie obazuje sens Doctora Who, ale jest w nim duży spoiler.
Jeśli nie wiesz kim jest River Song, a chcesz dowiedzieć się z serialu, to nie czytaj tego obrazka!

Trafniej nie dało się tego ująć.

Jednymi słowy, każdy znajdzie tu coś dla siebie.
Są odcinki bardziej przygodowe, rodzinne, upiorne, detektywistyczne, z elementami tajemnicy czy po prostu komediowe. Odcinki mają różnych scenarzystów, więc są bardzo różnorodne. Aktualnym głównym scenarzystą (ang. head writer) jest Wielki Troll Moffat.

Teraz trochę się rozdrobnię.
Ciekawość tego serialu polega też na bardzo zmiennej obsadzie. Dzieje się tak, ponieważ główny bohater, Doktor, w chwili śmierci regeneruje się w nowe ciało, a jego charakter również się zmienia. I nie są to zmiany kosmetyczne. Wraz ze zmianą osobowości zmienia się również styl każdego wcielenia. Każde z nich (a to jedna osoba!) ma swoje cechy szczególne, powiedzonka. Na przykład Jedenasty lubi mówić "Geronimo!", a Czwarty "Would you like a jelly baby?". Ubiór też się zmienia. U Piątego mamy garnitur do gry w polo, a Dziewiąty skórzaną kurtkę i wiecznie czarne spodnie.
Jedyne co łączy wcielenia Doktora psychicznie to wspomnienia. Ewentualnie towarzysze, ale o nich za chwilę.
Patrzymy od lewej do prawej.
Doktorowi zawsze ktoś towarzyszy. (Przeważnie są to młode mieszkanki Ziemi.)
Z punktu widzenia fabuły klasycznych serii (do 1989 roku) towarzysze nie są punktem koniecznym. Przydają się jednak, kiedy Doktor nie może robić dwóch rzeczy równocześnie lub kiedy ktoś ma być ratowany. (Przykładem może być wnuczka Doktora, Susan.)
Nie są oni jednak zupełnie poboczni. Ktoś musi strofować Doktora, żeby się nie zapędził. Sądzę, że to główna rola towarzyszy. A poza tym, ktoś musi zadawać pytania, żeby widz wiedział co znaczą wypowiadane przez Doktora mądre zwroty. No i mają wolną wolę, i nie zawsze wszystko idzie po myśli Doktora. Mogą oczywiście też pojawić się też ich historie życiowe, miłosne i sytuacje doprowadzające ich do puszczenia pokładu TARDIS.

W nowych seriach (od 2005 roku) typ towarzyszki nie zabierającej dla siebie sporej części fabuły znika.
Puf!
Rose Tyler, pierwsza towarzyszka nowych serii, dostaje ogromny wątek fabularny, ale i miłosny z Dziewiątym. Po obejrzeniu finału pierwszego sezonu ma się tylko jedno odczucie. Ona jest super. W swoich podróżach z Dziesiątym nie jest już tak nachalna, a większość przygód przypada Doktorowi.
Martha Jones i Donna Noble są zdecydowanie mniej nachalne jeśli chodzi o kradnięcie fabuły, ale nie do końca. Obie są tak istotne, że bez nich nie mielibyśmy akcji, ale to zdecydowany plus. Zawsze jest miło znaleźć kogoś ktoś ratuje naszego nieszczęsnego kosmitę.
Do 2010 roku towarzyszki są istotne, ale bez przesady.
Ale od 2010...
Nadchodzi era Stevena Moffata.
Amy Pond i Rory Williams. Seria 5, 6 i początek siódmej mówią praktycznie tylko o tej parze. Są oni kluczowi w każdym odcinku. To oni, a w zasadzie głownie Amy, najważniejsze rzeczy. Osobiście, nie narzekam. Wiem, że wielu osobom nie odpowiada ten sposób prowadzenia serii, ale ja lubiłem Pondów (choć miałem gorsze i lepsze dni).
Clara Oswald jest ważna, ale sposób jej napisania daje Doktorowi duże pole do popisu. Byłaby pewnie towarzyszką taką jak Donna czy Martha, ale Moffat przyszykował dla niej coś lepszego. Rozbudowany wątek tajemnicy. A do tego, to osoba biorąca sprawy we własne ręce, a nie czekająca biernie aż Doktor (tudzież Edward) ją uratuje.

Każda kolejna towarzyszka myśli, że jest tą pierwszą i "wyjątkową".
No chyba, że jest się Susan.
Największą zaletą tego serialu są zmiany.
Nowe wcielenia doktora, nowi towarzysze, nowe powiedzonka. To niesamowite jak jeden serial może być tak różny sam w sobie. Niestety niektórzy zapominają o tym. Chcą, żeby ich ulubione postacie były wieczne, choć to niemożliwe. 
Takie jest życie.
Choć tutaj zmiana wcale nie musi być zmianą na gorsze. Tutaj częściej (tak, częściej) obserwuje się zmiany na lepsze. Naprawdę. 

A na koniec...
Wielkimi krokami zbliża się do nas temat fanowskich sporów czyli Dwunasty Doktor.
To wielka sprawa. Peter Capaldi pojawił się już w serialu i, jak dla mnie, wypadł całkiem pozytywnie. Do tego jest Szkotem ze szkockim akcentem. Niektórym przeszkadza to, że Czekam z wielką niecierpliwością na święta, choć równocześnie opuści mnie mój ulubiony Doktor nowych serii.

Nie da się lepiej wypaść dla fanów niż zrobić to samo co czynił Pierwszy Doktor.

PS/ Nie wiem jak będą pojawiać się wpisy w najbliższym tygodniu. Będę starał się coś naskrobać, ale nie mam pojęcia jak to będzie z wolnym czasem.

sobota, 12 października 2013

Sto jeden miejsc do zobaczenia.

Wpis trochę opóźniony, bo Internet obraził się na mnie. Na szczęście już mu przeszło.

Miałem ostatnio potrzebę obejrzenia czegoś w czym znajduje się duża ilość Clary Oswald. I to nie Clary z finału siódmego sezonu, ale Clary w jego początku. A raczej jej początków w byciu towarzyszką.
(Przy okazji, najlepszą towarzyszką.)
Obejrzałem, więc odcinek Doctora Who, który ma wszystkie te cechy.
7x06. The Bells of St. John. Written by Steven Moffat.
Najlepszy pseudonim w historii Doctora Who, ale i najsmutniejszy.
Moje pierwsze wrażenie co do tego odcinka (kiedy widziałem go pierwszy raz) było bardzo negatywne. Motyw zamknięcia w monitorach już był (patrz: The Idiot's Lantern). Bardzo nie lubię kiedy tak charakterystyczne momenty powtarzają się tak wyraźnie. A poza tym Clara była bardzo, ale to bardzo nieprzekonująca. Ale słusznie uczyniłem dając odcinkowi jeszcze jedną szansę.
Myliłem się.
To naprawdę dobry odcinek.

Przedstawię wam kilka argumentów przemawiających za tą opinią.
#1. Clara.
Moje wcześniejsze niezadowolenie współczesną Clarą wynikało z tego, że oglądałem odcinek w całości po angielsku. Po prostu, technicznie, nie zrozumiałem jej wątku. Tego, że została "poprawiona" i tego, że była taka "zwyczajna". Teraz już wiem. A do tego Jenna tak uroczo zagrała każdą swoją scenę, że aż trudno oderwać wzrok.
Tak, uwielbiam Clarę Oswald i jej grającą ją aktorkę.



#2. Wielka Inteligencja.
Jeszcze nie zapoznałem się z GI (ang. Great Intelligence) z klasycznych serii, mam przed oczami tylko jej obraz z sezonu siódmego. Podoba mi się jednak bardzo moffatowy zabieg polegający na pokazaniu postaci w zaskakujących okolicznościach i nic z tego nie wyjaśnić do finału. I dobrze, lubię kiedy Moffat tak robi.
Do tego dobre wrażenie robi Miss Kizlet, jej technologie (są ciekawe, ale wspominałem, że motyw ludzkich twarzy na monitorach już był?), upgrade'owanie ludzi oraz relacje z Wielką Inteligencją. Co pradwa można było tą panią lepiej opisać, ale jej końcowa scena była bardzo, jak dla mnie, życiowa i smutna.



#3. Wi-Fi.
Kolejny raz Moffat pokazuje jak zawsze udaje mu się z miłych rzeczy robić życiowe traumy (statuy aniołów, cienie, śnieg, a teraz Wi-Fi). W tym wątku podobała mi się jego swoista prawdopodobność (o ile w tym serialu może istnieć coś takiego). W końcu, gdyby ktoś był wystarczająco genialny i dysponuje wystarczająco wysoką technologią to czemu nie mógłby przechwytywać ludzkich umysłów przez Internet?


#4. Doctor Who?
Cytaty. To chyba jeden z największych plusów odciknów autorstwa Moffata. Ten pan naprawdę potrafi napisać coś nie tylko dobrze, ale i poruszająco. Tutaj dostajemy np. "11 rozdział", "Where am I?" czy "snog box". No i oczywiście koronny przykład charakteryzujący odcinki naszego Trolla.


Ten odcinek można traktować jako pierwszy odcinek siódmego sezonu. Nawet na kilku stronach zobaczyłem, że został nazwany pierwszym odcinkiem ósmej serii... Doesn't matter.
Pięć pierwszych (z Pondami), jak dla mnie, to przedłużenie ich ery trwającej głównie przez sezon piąty i szósty. I nawiasem mówiąc, mieli oni naprawdę dobre odcinki. Teraz trwa era Clary, która ma duży potencjał i scenarzyści czerpią z tego potencjału pełnymi garściami.
Na przykład w tym odcinku.
Clara podchodzi sceptycznie do dziwacznego człowieka ubranego jak mnich, ale jest w tym dużo realizmu. Głównie dzięki świetnej mimice grającej ją aktorki. A kiedy z grą akatorską idzie w parze świetny scenariusz to nie można tego zepsuć.
Matt też dobrze sobie radzi z kreacją Doktora, ale nad nim nie będę się rozczulał. Jest genialnym aktoriem, jest między nim, a Jenną chemia potrzebna do dobrego pokazania ich relacji.

W tym drugiej części tego sezonu są lepsze odcinki, ale ten zdecydowanie jest w czołówce. Nie podam wam jeszcze mojej listy ulubionych odcinków, bo to będzie jeden z moich przyszłych wpisów.

Spotkałem się kiedyś z opinią, że to dobry odcinek do rozpoczęcia oglądania Doctora Who.
To nie jest dobry odcinek do rozpoczęcia oglądania Doctora Who.
Po pierwsze i najważniejsze, dlatego, że Clara jest moffatowym wątkiem rozpisanym na cały siódmy sezon. Trzeba obejrzeć Asylum of the Daleks i The Snowmen, żeby zrozumieć fascynację Doktora panną Oswald. Po drugie, jest tu dużo smaczków, nawiązań, które dla nowych widzów moga być niewidoczne, a szkoda, bo książka Amelii Williams to nielada ciekawostka.

Koniec.
Do napisania.

czwartek, 3 października 2013

Twórczość graficzna #2. Przechodzimy do Moffata.

Czyli za co go kochamy i za co nienawidzimy.

Przed rozpoczęciem notki podzielę się z wami grafiką pół-ołówkową, pół-komputerową. Postanowiłem przedstawić ulubiony fetysz naszego Wielkiego Trolla. (Często wykorzystywany w Doctorze Who i raz w Sherlocku). I nie chodzi mi tu o trudność w zabijaniu napisanych przez samego siebie postaci.
Zgadliście?
Tak nawiasem, jeśli ktoś jeszcze nie oglądał Sherlocka BBC (polecam, na razie tylko 6 odcinków), to niech szybko bierze się do roboty.

To ta moja dzisiejsza twórczość :)
Będę się tu chwalił. 
TO MOJE DZIEŁO.
Może wyjątkowo odkrywcze to to nie jest, ale przynajmniej trafne.

Tak więc zaczynamy już definitywnie.
WTM (Wielki Troll Moffat) tworzy epickie historie. To nie jest czcze gadanie, to prawda. Ich epickość bierze się ze świetnych pomysłów, wychodzenia poza schematy i upiornych potworów (bądź, po prostu, kosmitów). Opinia czy ta epickość jest trafiona, czy nie, zależy już od odbiorcy, a o odbiorcach będzie mówić kolejna część wpisu. 

Ma on, więc, dwie grupy odbiorców.
Obie mają odrobinę odmienne podejścia do tego pana na podstawie serialu Doctor Who, który Moffat wziął w swe trollujące ręce w 2010 roku.

Oczywiście nie mogło zabraknąć gifu z Sherlocka BBC.

#1.
Aprobujący twórczość WTM.

To co stworzy pan Moffat podoba im się. Jego pomysły są dla nich może niekoniecznie logiczne, ale są w stanie je zaakceptować. (W większości) odpowiada im koncepcja wibbly woobly timey wimey stuff oraz jego niezamknięte wątki. (Osobiście lubię je, można samemu sobie wiele dopowiedzieć.)
Dodatkowo mają pozytywne odczucia w stosunku do aktorów i granych przed nich postaci. Na przykład, wielu osobom Matt Smith jako Jedenasty Doktor co najmniej odpowiada.


#2.
Nie aprobujący twórczość WTM.

W większości to zwolennicy poprzedniego scenarzysty Doctora Who czyli Russela T. Daviesa. U Moffata nie odpowiada im zawiłość jego historii i liczba niezakończonych wątków. Cenią sobie proste historie bez nadmiaru wibbly woobly timey wimey stuff. Podobnie jak w przypadku aprobujących mają swojego Doktora, ale tu jest to Dziewiąty i Dziesiąty Doktor.

Jeśli mam być szczery, nie lubiłem RTD. Jego Doktorzy byli świetni, ale historie zbyt proste i czasami (przepraszamprzepraszamprzepraszam) tak proste, że miałem wrażenie, iż ten człowiek kpi z mojej inteligencji (przepraszamprzepraszamprzepraszam wszystkich potencjalnych fanów RTD). 
Ale koniec.

To notka o Wielkim Trollu Moffacie, a nie od RTD.

Ostre argumenty Davida Tennanta mogą wydawać się nie do przebicia.

Dodam, że przedstawiam tu bardzo subiektywne i trochę przerysowane uogólnienie.
Z pewnością znajdą się gdzieś na półkuli północnej, albo południowej, do których to pasuje. Istneje jednak duża szansa, że 99,09 procent innych fanów nie jest ograniczona tylko do podziału lubiących i nielubiący Moffata.


#Moje doświadczenia z Moffatem.
(...są poplątane jak wibbly woobly timey wimey stuff. Serio.)
Na początku lubiłem jego wątki i niedokończone też. Miło się oglądało. Były zwroty akcji i oczywiście Matt jako Jedenasty, czyli czego chcieć więcej. W przeciwieństwie do wielu, szósty sezon DW był moim faworytem wśród sezonów Doctora.


I tu zaczynają się schody.
Obejrzałem szósty sezon jeszcze raz. Za dużo Pond'ów. Jakkolwiek to heretycznie zabrzmi, za dużo River Song. (Nawiasem to jedna z moich absolutnie najulubieńszych postaci science-fiction.)
W między czasie pojawił się Sherlock i moja malejąca już trochę wcześniej wiara w przyszłość DW odżyła. Sherlock jest świetnym serialem. Skoro Wielki Troll Moffat był w stanie zrobić coś tak wspaniałego to czemu nie miałoby tak się stać z jego podróżującym w czasie i przestrzeni drugim podopiecznym.
Dodam, że odcinki świąteczne ostatnich lat były naprawdę świąteczne, więc zarazem udane.
Nastał siódmy sezon. Pierwsza część była absolutely fantastic. "Asylum of the Daleks", dinozaury, dziki zachód, sześciany i podbity przed moim ukochanych kosmitów Manhattan.Czego chcieć więcej. No i złamane serce po Pondach gratis.


Potem nastąpił spadek formy.
(Nie będę się rozpisywał, bo pojawi się notka o siódmym sezonie Doctora Who.)
"The Bells of St. John" zdecydowanie mnie nie zadowolił. Ciąg dalszy serii był lepszy, ale wciąż nie aż tak jak pierwsze pięć odcinków. Moja wiara w Moffata kolejny raz została zachwiana.
Aż nastąpił finał sezonu. "The Name of the Doctor".
Znowu uwierzyłem w Moffata i z tą wiarą czekam na Pięćdziesięciolecie (nienapisanie tego wielką litera to zdrada stanu). Pomimo, że zostaliśmy ostatnio porzuceni z "To Be Continued" na coś około siedmiu miesięcy.

Nawet Matt się sprzeciwia.

Koniec.

Do kolejnego wpisu.
Już wkrótce. 
Czyli pewnie jutro.
Bo piąteczek.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...